Z PAMIĘTNIKA SZPROTAWSKIEJ BEZPIEKI CZ. III
Dodane przez borynam dnia Grudzień 04 2009 08:27:19
Z PAMIĘTNIKA
SZPROTAWSKIEJ BEZPIEKI

Opowiadanie Krzysztofa Wachowiaka (2009)

ODCINEK III
ZABÓJSTWO MISKÓW


Od 23 września 1947 roku rozpocząłem najczarniejszy okres swojego życia. Wszystko zaczęło się po wyjściu wczesnym rankiem z urzędu bezpieczeństwa. Od wspominanego wcześniej Bindera otrzymałem przydział mieszkaniowy przy ulicy Konopnickiej. Na kartce widniał numer budynku, lokalu oraz ilość pokoi. Gdy odnalazłem w końcu ten adres, byłem zdumiony ilością miejsca, jaka panowała w moim nowym kącie. Mieszkanie składało się z kuchni, w której był metalowy piec, małego schowka oraz dwóch ogromnych pokoi, które były umeblowane. W szafach znajdowały się nawet ubrania, które -jak się okazało- pasują i na mnie. Zostawiłem jednak wszystko i udałem się do pracy, gdzie zwróciłem kwaterunek. Pracy nie mieliśmy dużo, więc tak jak często przeglądałem karty repatriantów: Imiona, nazwiska, pochodzenie, daty urodzenia, życiorysy. Mam fotograficzną pamięć. Nazwiska, które wydawały mi się znane, podejrzane, zapisywałem, tworząc potrzebne akta. Po kilku tygodniach pracy miałem listę osób pracujących przy remoncie huty, przy odbudowie miasta, w zakładach dziewiarskich, w Państwowej Fabryce Świec oraz w tartaku i małomickiej cegielni. Wszystko to działo się w dwóch rytmach. W dzień praca - zbieranie materiałów personalnych. W nocy - badanie akt oraz opróżnianie butelki z wódką.
Moją uwagę szczególnie przykuły zabójstwa w mieście, jakie miały miejsce w ciągu ostatniego roku. Rodzina Misków, komendant MO, działacz PPR Franciszek Łowigus oraz wicestarosta Leon Bacior z PPS. To lista zabitych, czytałem akta. […] Wywleczony, pobity, pocięty […]. Sprawcy zostali znalezieni w szybkim tempie. Oskarżeni, przyznali się do winy, po zastosowaniu innego typu środków śledczych, trzech dolnośląskich działaczy nielegalnej formacji zbrojnej Wolność i Niezależność przyznała się do zabójstwa lokalnych działaczy partyjnego aktywu. Sprawa rodziny Misków nie została jednak rozwikłana, a śledztwo prowadziło UB w Szprotawie pod przewodnictwem Eugeniusza Łebczyńskiego.
Raport Milicji sporządzony przez Czesława Kowalczyka opisywał to w ten sposób:
[…] Po zejściu do piwnicy domu obywatela Miska, stanąłem w pomieszczeniu zalanym krwią do wysokości kostek. Odór był już charakterystyczny dla 2- lub 3-dniowego denata. Ale w tym pomieszczeniu znajdowało się aż 6 ciał wszystkich członków rodziny. Od wejścia po lewej leżało małżeństwo Misków, natomiast 4 córki były w głębi pomieszczenia rzucone na jedną stertę. Najstarsza leżała twarzą ku górze, jej ciało było ugodzone nożem 40 razy, a lewe oko wydłubane. Ciała były sino-blade z powodu upływu krwi. Na ciałach widoczne były ślady walki, ojciec oraz jego małżonka mieli skrępowane ręce oraz nogi. Widoczne sińce oraz krwiaki […] W dalszej części dowiedziałem się że, pochodząca z zachodnich terenów ZSRR rodzina Misków, a dokładnie z okolic Lwowa, osiedliła się jesienią 1945 roku na jednej z dzielnic Szprotawy, zwanej Sowinami. Podejrzanymi według Milicji była jakaś banda szabrowników z centralnej Polski. Mnie jednak przypominało to mordy band Ukraińskiej Powstańczej Armii, z którymi walczyłem silną ręką na Lubelszczyźnie. A Ukraińców po akcji Wisła nie było wcale mało na tym terenie. Nocą udałem się do UB odwiedzając swojego przełożonego Ziółkowskiego, by poinformować go o moich spostrzeżeniach w tej sprawie. Wysłuchał mnie i przekazał wiadomości o postępach śledztwa Łebczyńskiego: „Gieniu - jeden od nas prowadzi tę sprawę, to dobry zimny chłop, szkoda że nie możecie go poznać. To bestia, od jego pięści każdy przyznaje się do zarzutów, a nawet i do innych przestępstw, jest u niego duża perspektywa rostu”.


Żniwa w Borowinie (2. poł. lat 40-tych XX wieku)

Byłem spokojny, że cały ten bałagan, którego durnie z Milicji nie potrafili uporządkować, jest w dobrych solidnych rękach. Mimo to, w swojej codziennej pracy podpytywałem ludzi o tę sprawę, może ktoś coś wie, słyszał jakieś plotki, coś co warto było by wykorzystać. Oprócz informacji z raportów Milicji oraz UB nie miałem nic więcej. Przypadek jednak sprawił, że dowiedziałem się o szyderczych i plugawych plotkach, z którymi postanowiłem walczyć.
Franciszek Furman. Był to człowiek, który mieszkał tu od 1945 roku, jednak nie mógł podjąć pracy w wyniku utraty ręki podczas wojny, szukał więc pomocy w moim referacie. Nachodził mnie często. Postanowiłem, że zapytam jego o całą tę sprawę. Gość usiadł przede mną i nadstawił ucha. Zapytałem, czy wie coś obywatel o morderstwie rodzinny w okolicach nowo uruchamianej huty. Gość mój pokręcił głową, przybliżył się bardziej do mnie i szeptanym głosem powiedział: „Milicja to głąby, nic nie wywąchali, ale ludzie dobrze wiedzą, kto jest za to odpowiedzialny” Spytałem: „Wiecie? Czemu więc nie zgłosicie tego dalej?” Ten zaś odrzekł pytając: ”Dalej?” Przez chwilę myślałem, że nie wie, o jakim „dalej” mam na myśli. Zapytałem go: „Czy wie obywatel, kto to zrobił?” Odsunął się jednak, pokiwał na krześle, po czym z gniewem warknął: „Wiem”. Po chwili milczenia zaczął kontynuować. ”Milicja, jak już mówiłem, to głąby, a UB sprawy nie rozwiąże, bo prowadzi ją człowiek, który jest za to odpowiedzialny. Jego nazwisko to Łebczyński. To on wraz z szajką Ukraińców wymordował rodzinę Misków, wiele osób o tym wie, ale nikt nie mówi głośno. Nie dalej jak 5 miesięcy temu niejaki Włodzimierz Jarski zniknął w piwnicy Urzędu Bezpieczeństwa. Wiem na pewno, że Łebczyński za tym stoi, gdyż Jarski widział go na miejscu zbrodni. Łebczyński za to zaczaił się na niego w nocy wraz z grupą ORMO-wców, złapali go i pobili. Widziało to wiele osób, w tym i ja. Od tamtej pory ślad po nim zaginał”. Byłem wściekły, chciałem wstać i uderzyć tego kalekiego piernika, jak można szkalować w ten sposób imię urzędnika, który w pocie czoła zmaga się z wrogami demokratycznej Polski. Łebczyński pewnie śledził Misków, a to oznaczało, że mieli coś na sumieniu, tak jak ten cały Jarski. Bez powodu urzędnik nie bije. A i ty Furmanie zasługujesz na bicie - pomyślałem.
Skrywając złość zapytałem zaciekawiony: „Za co ich wymordował?” Furman spojrzał na mnie i rzekł: ”Wiem, że chodziło o najstarszą córkę, którą Łebczyński nachodził nadaremnie, a ona związana była z innym chłopakiem. Gdy ten zobaczył ich razem, chciał się zemścić”. Mocno zdenerwowany wstałem odpowiadając, że znajdę obywatelowi dobrą pracę. Podałem rękę i podziękowałem za informacje. Ten już wychodząc spytał: ”Czemu Pana to interesuje?” Odparłem, że jestem tu nowy i że chciałem tylko potwierdzić te informacje. Ten furkając trzasnął drzwiami i wyszedł. Ja natomiast wściekły, będąc sam w pomieszczeniu, uderzyłem ręką w stół, knując w głowie plan zakończenia tej całej plugawej sprawy.


Dokument z 1946 roku podpisany przez ks. Milewskiego,
przewodniczącego Komitetu Opieki Społecznej.

Nocą udałem się do bezpieki, by złożyć raport. Spotkałem się z Ziółkowskim, opowiadając mu o tym. Kapitan wysłuchał mnie, po czym odpowiedział: ”No tak, tak, macie racje, musimy aresztować tych plotkarzy”. Wychodziłem już z gabinetu, gdy nagle usłyszałem: ”Kolego! Powiedzcie jeszcze raz, nazwisko tego…?” Odpowiedziałem z uśmiechem: „Furman Franciszek”. Kapitan pokiwał głową, zapisał nazwisko na kartce i wyszeptał ”Furman powiadacie! No to już my go powozimy”.
Następnej nocy będąc u kapitana sam słyszałem, jak Furman jęczy w budynku urzędu. Siedząc na nodze od stołka oddawał się masarzom twarzy oraz odcinaniu paznokci. Wiedziałem, że najlepszą karą za oszczerstwa jest ból, który -jak uczono mnie w Rosji Sowieckiej- jest najlepszym lekiem na kłamców. Kapitan Ziółkowski wręczył mi pismo. Był to raport z rozwiązania śledztwa. Oskarżał niezidentyfikowaną bandę byłych członków Ukraińskiej Powstańczej Armii, którzy uciekli z tego obszaru i trudno jest ich zlokalizować. Podpięte także były zeznania Furmana, który potwierdził taką relację. Dodatkowo raport mówił o złych stosunkach wymordowanej rodziny do sąsiadów oraz do ludności o innych korzeniach narodowościowych, co mogło stać się przyczyną mordu, z czym się szczerze zgadzałem i pod czym także złożyłem podpis. Oficjalnie śledztwo zostało zakończone. Furman wskazał też innych plotkarzy, sam zaś został oskarżony i skazany za działanie antypaństwowe na pracę w obozie w Jaworznie, gdzie po 2-letnim okresie pobytu zmarł. A tak bardzo zależało mu na pracy.
Następnego dnia cała Szprotawa świętowała sukces z uruchomienia Zespołu Fabryk Dolnośląskich - Odlewnia Żeliwa i Emaliernia. „Trud socjalistycznego społeczeństwa, został uwieńczony piękną symfonią maszyn naszego zakładu” - jak głosiła oficjalna propaganda lokalnego PPR-u. Natomiast ja z czasem zapomniałem o sprawie Misków. Po wielu wielu latach miałem okazję rozmawiać z ludźmi żyjącymi na dzisiejszych Sowinach, potwierdzali tę relację o miłości Łebczyńskiego do najstarszej dziewczyny oraz do współpracy z bandą Ukraińców, którzy pomogli mu w tym czynie. Dziś ubolewam przy kieliszku z tego powodu, gdyż nie szukałem prawdy. Ogarnięty głupią wiarą w ideały, ślepo wierzyłem w przełożonych, przed którymi chciałem zaistnieć i wykazać się szeroką inicjatywą. Skończyło się to w taki sposób, że moje postępowanie zrobiło ze mnie kata, którym byłem dla wielu ludzkich istnień…


Szprotawa w początkach PRL

C.D.N.


Część I: Pierwsze kroki
Część II: Zostałem agentem