Z PAMIĘTNIKA SZPROTAWSKIEJ BEZPIEKI CZ. II
Dodane przez borynam dnia Listopad 26 2009 20:37:27
Z PAMIĘTNIKA
SZPROTAWSKIEJ BEZPIEKI

Opowiadanie Krzysztofa Wachowiaka

ODCINEK II
ZOSTAŁEM AGENTEM



Jeszcze przed wyjazdem z Lublina dostałem wytyczne co do mojej roli na terenie Ziem Odzyskanych. Zaraz po przybyciu do Szprotawy miałem wcielić się w urzędowe sprawy miasta. Otrzymałem podstawione świadectwa ukończenia kursów i szkół na terenie Związku Radzieckiego. Otrzymałem również wytyczne do kontaktu z I sekretarzem Polskiej Partii Robotniczej w Szprotawie, który miał mnie skierować do pracy na podległym terenie. Musiałem przywdziać cywilne ciuchy i przejść do konspiracji, by teraz w ten sposób walczyć z reakcjonizmem zachodniego imperializmu.

* * *

Wyruszyłem więc w drogę. Przez okres 3 dni pokonywałem trasę z Lublina do Głogowa. Po dostaniu się w końcu do twierdzy Głogów, jak nazywał ją faszystowski okupant, widziałem jeszcze ogrom zniszczeń, jaki został zadany temu polskiemu piastowskiemu miastu. Na dworcu kolejowym, który jakimś sposobem ocalał, czekałem ponad pół dnia na pociąg do Szprotawy. Spostrzegłem, że ludzie mówią różnymi językami. Podejrzewałem, że nie będzie to łatwa służba. Pamiętałem słowa doświadczonych oficerów operacyjnych, którzy wskazywali, że wróg nigdy nie przyznaje się do winy, ale my tę winę potrafimy wyciągnąć z niego sami.
Po chwili konsternacji, jaka naszła mnie, poczułem, że ktoś ciągnie mnie za marynarkę. Oglądnąłem się i ujrzałem małego chłopca w śmiesznej czapce. Chciałem spytać, gdzie masz rodziców, ale on wymamrotał: Hast du Brot? Zdziwiony tą sytuacją nie mogłem wyjść z osłupienia, że wrogowie wszystkiego co żywe, mówiący w języku Hitlera, kręcą się jeszcze po naszych polskich ziemiach. Nie zdążyłem odpowiedzieć, parowóz z wielkim hukiem wjechał na 5 peron głogowskiego dworca. Wzburzony wsiadłem do pociągu, w którym był już taki ścisk, że zdawało się, jakby w tej chwili wagon chciał pęknąć. Po około 2 godzinach jazdy dotarłem do Szprotawy.


Na dworcu czekał już wysłannik z Państwowego Urzędu Repatriacyjnego, przywitał nowo przybyłych, po czym przeszliśmy w kolumnie do siedziby PUR. Znajdowała się ona niedaleko dworca, w wielkim budynku. Był tu szpital, ale oprócz chorych przebywali tu także repatrianci. Zakwaterowano mnie na jednej z sal. Dostałem także przydział kartkowy na posiłki w stołówce. Z racji późnej już godziny dziś otrzymaliśmy tylko suchy chleb i wodę. Następnego dnia rano rozmawiałem z niejakim Zenonem Olszańskim, kierownikiem punktu etapowego. Przedstawiłem mu, że jestem członkiem PPR-u oraz że chciałbym dostać jakąś pracę. On pomocną ręką wskazał mi drogę do siedziby powiatowej PPR. Wręczył poniemiecki plan miasta, narysował ołówkiem drogę. Po 20 minutach byłem na miejscu, wszedłem do środka, gdzie w korytarzu siedział jakiś towarzysz. Spytałem go o drogę do towarzysza I sekretarza, a ten kazał mi wejść wyżej i poczekać w kolejce. Nigdy nie byłem cierpliwy, a gdy zobaczyłem kolejkę, jaka ciągła się jeszcze z korytarza, postanowiłem zaryzykować i wpakować się do gabinetu. Bez zastanowienia krzyknąłem tęgim głosem: Przejście! Przejście! Bez pukania wszedłem do biura. Ujrzałem starszego towarzysza, z grzywką zaczesaną do tyłu, z charakterystycznym wąsem, miną iście bierutowską, palącego papierosa i podpisującego stos różnych dokumentów. Nie podnosząc na mnie wzroku spytał: W jakiej sprawie przybywa obywatel do mnie robiąc takie zamieszanie? Przedstawiłem się i zakomunikowałem, że jestem przybyłym ze wschodu PPR-owcem i że pragnę otrzymać jakąś prace, za którą mógłbym dostać chodź łóżko do spania i michę do zjedzenia. Sekretarz wstał, było widać, iż jest schorowany, spojrzał na mnie jakby przez mgłę i burzliwym głosem orzekł: Jesteście młodzi! I machając ręką dodał: Ale doceniam Wasz zapał! Nie wiedziałem czy wie, kim jestem. Spytał mnie, ile klas ukończyłem? Wyłożyłem mu wtedy na stół zaświadczenia o ukończeniu szkoły w Rosji sowieckiej oraz szereg innych dokumentów, które nie miały nic wspólnego z rzeczywistością. Miałem już inne nazwisko, inna datę urodzenia, inną przeszłość, stałem się „nowym” człowiekiem. Mało tego, teraz jako repatriant miałem być otoczony matczyną ręką partii, a w skrytym wnętrzu działać w obronie siły, która mnie tą opieką obdarzała. Sekretarz zauważył moją krnąbrność i zakomunikował mi: To, że przybył towarzysz w zaistniałej sytuacji to dobrze. Moje miasto ma wiele problemów, giną moi współpracownicy, milicjanci, działają grupy rozbójników, jednak Wasz wiek i idący za tym brak doświadczenia może być dla Was zgubny! W milczeniu ukryłem swój gniew. Ja, bez doświadczenia? Bendkowski usiadł, zgniótł papierosa i zwrócił swój wzrok na mnie, kiwając głową spytał: Gdzie chcielibyście pracować? Odrzekłem mu, że od wczoraj jestem zakwaterowany w PUR-ze i że chciałbym otrzymać tam pracę, która pozwoli na badanie ludności przybyłej do powiatu. Po raz kolejny dostrzegłem grymas niezadowolenia na twarzy starego PPR-owca. Odpalił kolejnego papierosa, poprawił fryzurę i wyciągnął kartkę papieru, na której niezbyt starannym charakterem pisma wypisał mi przydział do PUR-u, w charakterze pracownika umysłowego. Wręczając dokument podał rękę i pożegnał słowami: Mam wielką nadzieje, że doświadczenia wyniesione z Rosji sowieckiej dadzą nam towarzyszu efekty! Cel, w jakim przybyłem do tego miasta, był bez wątpienia znany sekretarzowi, a sam Bendkowski, o ile nie jest w UB, to przynajmniej jest z urzędem silnie związany.


Gdy wróciłem do siedziby urzędu repatriacyjnego, zostałem skierowany do referatu pracy. Robota polegała na kierowaniu przybyłej ludności do pracy w nowo otwieranych zakładach. Od pierwszego dnia dostałem wytyczne, kogo potrzeba, na jakie stanowisko. Największe było zapotrzebowanie na inżynierów i specjalistów. Miało to związek z uruchamianą w tym czasie hutą, która -jak ustaliłem- po wojnie była zniszczona. Nadal zakwaterowany byłem na zbiorowej sali wraz z przybywającymi do powiatu ludźmi. W pracy zajmowałem małe pomieszczenie wraz z obywatelem Tadeuszem Szulcakiem. Często z braku obowiązków rozmawialiśmy o sytuacji, jaka panuje w okolicy. Nie byłem rozeznany, więc podpytywałem między słowami o sprawy związane z bezpieczeństwem. Dowiedziałem się, że w Szprotawie często zdarzają się napady, szabrownictwo, nawet zabójstwa. Tadeusz obarczał za wszystko stacjonujące tutaj wojska sowieckie, które robią co chcą, a winę za to ponoszą zwykli ludzie. Złość we mnie wzbierała na obrazę sowieckiego brata, postanowiłem jak najszybciej zacząć działania. Wyszedłem z pracy przed czasem i udałem się w stronę budynku Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, obecnie ul. Głogowska 1. Obok znajdowała się stalowa duża brama wjazdowa, a wejścia pilnowali dwaj wartownicy. Przeszedłem na drugą stronę ulicy i natychmiast strażnik zakomunikował mi, że mam przejść z powrotem. Ja jednak twardym krokiem zmierzałem dalej. Wartownik załadował broń, przystanąłem, a on spytał: Obywatelu jesteście głusi?


Odpowiedziałem: Swój idzie, prowadź do dowódcy! Krzyknął więc, by otworzono bramę. Skierował broń w moją stronę i kazał wejść do środka. Na dziedzińcu było tylne wejście, przez które weszliśmy do jakiejś jakby świetlicy. Kazano mi usiąść i po krótkiej chwili zjawił się niejaki Ziółkowski, kapitan. Spojrzał na mnie badającym wzrokiem i poprosił do siebie. Przyjął mnie nad wyraz gościnnie, zaproponował papierosa oraz rozlał nawet po szklance wódki. Zaciągając się papierosem chlupnęliśmy strzemiennego, a gdy odstawił opróżnioną szklankę, rzekł: Słyszałem o Was wiele, mam Wasze akta. Uprzedzam Was, że praca, z jaka się tutaj spotkacie, będzie trudna. Jesteście młodzi, więc myślę, że Wasz młodzieńczy zapał pomoże nam w pracy. Wypowiadając te słowa polał kolejną szklanicę, zaś ja poczułem się jak w domu. Ziółkowski otworzył szafkę i podał mi dokumenty, powiedział: Macie się z tym szybko zapoznać! Podszedł do drzwi i donośnym głosem krzyknął: Binder! Binder!! Gdzie jesteście do cholery?! Po krótkiej chwili słychać było stukot cholew na schodach. Po czym wpadł do pomieszczenia wysoki zgarbiony człowiek, wymamrotał coś niezrozumiale z białoruskim akcentem, a kapitan ze zgryźliwą miną wydał mu polecenie: Zaprowadźcie tego obywatela na I piętro i wskażcie mu kwaterę do spania! Odwróciwszy się podał mi rękę i zakomunikował: Teraz proszę iść na górę, wyspać się, rano przed wyjściem Binder wręczy Wam przydział na mieszkanie. Myślę, że będzie nam się dobrze współpracowało.
Białorusin zaprowadził mnie na „pokój” i odszedł bez słowa. Ja natomiast do późnego wieczora zapoznawałem się z masą materiałów na temat band, morderstw oraz szabrowników grasujących w okolicy.
Tak oto zacząłem swoją agenturalną działalność w Szprotawie. Byłem pierwszym i jedynym w historii tego miasta oficerem bezpieki, który działał w całkowitej konspiracji. Nie zostałem zdemaskowany do dziś...

C.D.N.


CZYTAJ ODCINEK III

CZYTAJ ODCINEK I